Protesty „milionerów”

W pierwszej połowie lutego od swojej wschodniej strony Warszawa została zablokowana przez około 120 ciągników. Podobno najtańszy z nich kosztował, jak szacowano, 120 tys. zł, najdroższy – ponad 400 tys. zł.
Dzięki interwencji policji, tym „wypasionym” pojazdom, o łącznej wartości około 24 mln zł, nie udało się wjechać do śródmieścia stolicy, zatrzymały się w miejscowości o nazwie nomen omen Zakręt.

– To nie jest protest rolników, to jest parada chłopskich milionerów – mówili, zmuszeni do niewygodnych objazdów, zdenerwowani warszawiacy.

farmer-540681_1280Jako „wielki skandal” i jako „kabaret” określił tę manifestację jeden z byłych premierów, Włodzimierz Cimoszewicz. Rolniczy protest nie zyskał też poklasku w społeczeństwie. Uznało ono, że są to generalnie niesłuszne postulaty jednej z tych warstw, które, zdaniem większości Polaków, są akurat najbardziej uprzywilejowane. W rezultacie chłopski protest okazał się najbardziej szkodliwy dla samych chłopów, których racje będzie teraz jeszcze trudniej niż przedtem przeforsować. W znacznie mniejszej skali podobne akcje protestacyjne odbyły się też w kilku innych miejscowościach w kraju.

Czy jednak chłop wyjeżdża na drogi tylko dlatego, że akurat w pierwszej połowie lutego nie ma jeszcze pilnej roboty w polu? Otóż pewne podstawy do niekoniecznie takiego, ale wyraźnego przedstawienia swoich racji rolnicy jednak mają. Bo dochody ich gospodarstw uległy ostatnio istotnemu zmniejszeniu. Po pierwsze – z powodu drastycznego obniżenia cen skupu żywca wieprzowego (spadły one do około 3,5 zł za kilogram), po drugie – z racji wyraźnego pogorszenia się opłacalności produkcji mleka. Przy tym to drugie spowodowane zostało nie tylko spadkiem cen skupu, ale i czekającymi niektórych producentów karami za przekroczenie tzw. kwot sprzedaży mleka. Z kolei ci rolnicy, którzy w ostatnich latach takie kwoty, czyli prawo do sprzedaży mleka do mleczarni kupili od sąsiadów, dochodzą obecnie do wniosku, że płacili w istocie za nic, skoro od 1 maja br. kwotowanie produkcji mleka będzie zniesione. Jest jeszcze jeden, wcale niebłahy, powód protestu rolników, jakim jest brak odpowiednich odszkodowań za straty wyrządzane w uprawach przez zwierzynę łowną, konkretnie przez dziki.

Każdy z tych powodów sam w sobie byłby wystarczający do manifestowania przez rolników niepokojów, tyle że żaden z nich nie może być załatwiony od ręki, bo albo nie pozwalają na to unijne uregulowania, albo – jak w przypadku dzików – wymaga to, po prostu, nie tylko podjęcia odpowiednich decyzji, ale i czasu.
Unia Europejska nie przewiduje czegoś takiego jak interwencja na rynku mięsa wieprzowego, ograniczone są również możliwości interweniowania na rynku mleka. Czyli „utylizacja” ministra Marka Sawickiego, którą buńczucznie zapowiadał przywódca protestu, nic by tu nie dała. Nawiasem, jest to, naszym zdaniem, jeden z najlepszych kierowników resortu rolnictwa po 1989 roku.

A dzików jest w Polsce, po prostu, za dużo. Ich liczbę ocenia się obecnie na około 300 tys. sztuk, podczas gdy przez poprzednie dziesięciolecia nie przekraczała ona poziomu 100 tys. i jakoś nikt się na ich niedostatek nie uskarżał. Warto przy tym zauważyć, że przy takim jak obecnie pogłowiu dzików nic nie daje roczny ich odstrzał na poziomie 220 tys. sztuk, dlatego okresowo powinien on być znacznie większy.
Mówiąc o rzekomo oczywistej „krzywdzie” polskich rolników warto pamiętać i o tym, że gospodarstw o powierzchni ponad 1 ha użytków rolnych jest obecnie w Polsce około 1,4 mln, przy czym mleko do mleczarni sprzedaje około 140 tys. zagród, a tuczniki do rzeźni odstawia niewiele więcej gospodarstw. Trudno także za istotne uznać wyrządzane przez dziki szkody na gruntach tych gospodarstw, które nie produkują w ogóle niczego. Nawet na zaspokojenie własnych potrzeb.

Czemu zatem służą takie jak ten protesty rolników? Służą one przede wszystkim ich organizatorom, w tym przypadku przewodniczącemu rolniczego OPZZ, Sławomirowi Izdebskiemu, który przy użyciu kawalkady ciągników przypomniał rolnikom swoją postać związkowca, polityka, a nawet przez jakiś czas senatora RP i wiceprzewodniczącego senackiej komisji rolnictwa i rozwoju wsi. O tym, że w przeciwieństwie do innych organizacji związkowych i branżowych w rolnictwie niespecjalnie zależy mu na rozmowach z kierownictwem resortu rolnictwa świadczy fakt, że opuścił je już po kilkunastu minutach, czym dał dowód, że chodzi mu tylko o podsycanie konfliktu oraz o towarzyszący temu rozgłos. Przy okazji deklarował poparcie dla protestujących w tym samym czasie górników, choć sam handluje węglem akurat z Rosji, bo polski węgiel jest dla niego za drogi. Usilnie domagał się też bezpośrednich rozmów z samą panią premier, której zapewne chciał powiedzieć to samo, co mówił innym: „Ja chętnie zostanę ministrem”. Oczywiście, ministrem rolników, których interesy rozumie po swojemu, jako tożsame z jego własną pomyślnością.

Anna Grabowska

No comments yet.

Join the Conversation